Autor: Edward Krieg

Tytuł: Solaarinen

Wydawnictwo: PLEGOLAL, 2005

Język: polski



Na pierwszy rzut oka pałac Solaarinen zdaje się trwać od zawsze. Zaniedbany, od frontu zarośnięty zielskiem, wrośnięty w ten dziwny kraj Draweńczyków, w ich rzeczywistość, ma niepowtarzalny urok. Zapuszczenie jest jednak tylko pozorem; w rzeczywistości bowiem budynek i wszelkie przyległości są w jak najlepszym stanie, a choćby wzorowana na Pałacu Królewskim sala lustrzana w lepszej może nawet kondycji niż oryginał. Niesamowitych doznań dostarczają też pałacowe ogrody, jedyne w swoim rodzaju nie tylko w Warelii, Surmali czy nawet Dreamlandzie, ale chyba w ogóle w całym świecie. Tysiące, czy może miliony, rosnących tutaj krzaków różanych czuć już na kilkaset metrów przed bramą. Gdy wjeżdżałem tu po raz pierwszy zakupionym z pieniędzy Hyvinvointich buickiem, obezwładnił mnie ten zapach, nieporównywalny z niczym innym, wczesnym latem tak silny, że aż nieznośny. Miałem wrażenie, że pyłek zatyka mi nozdrza i słonecznym, tłustym nalotem pokrywa karoserię. Nie widziałem jeszcze jednak wówczas największej ozdoby tego miejsca - olbrzymiej połaci krzaków różanych o słonecznożółtych kwiatach, z gatunku solaarinenruusu, wyhodowanych po raz pierwszy właśnie tutaj, ułożonych w kształt ogromnego słońca. To właśnie z tego powodu ostatni pałac Hyvinvointich nosi nazwę „Solaarinen”.


Nigdy wcześniej - a widziałem wiele - nie poznałem takiej równowagi pomiędzy niedbałością, z jaką traktowano fasadę pałacu, a pedantyzmem utrzymania ogrodów i wnętrz. Nie miałem również okazji widzieć tak głębokiego kontrastu pomiędzy wypielęgnowanymi, idealnymi pod każdym względem ogrodami wschodnimi i północno-wschodnimi a mało zachęcającym polem traw i ligustrowych pozostałości po ogrodach francuskich, na zachodzie oddzielającym pałac od rozległego parku. Solaarinen był jednak całkowicie wyjątkowy.


Od początku był własnością rodu Hyvinvointich, początkowo jednak tylko jako dom dla barona Paavo Hynvointiego, bratanka ówczesnej głowy rodu, rezydującego w Gedanii. Wraz z kryzysem lat czterdziestych ród jednak stopniowo upadał, nieruchomości przechodziły w ręce komorników i wierzycieli, aż wreszcie Risto IV Hyvinvointi zdecydował się oddać swój ogromny, podgedański pałac w ręce kogoś spoza rodziny i upewniwszy się, że w żelaznej garści trzyma zawartość wszystkich swych kont, przeniósł się tutaj. W kilka miesięcy później został niemal całkowicie sparaliżowany, a cała rozsiana po świecie rodzina została zmrożona wieścią o jego rychłej śmierci. Dziadek Risto Walther Markku IV Hyvinvointi umierał tak od czterdziestu lat.


Jako syn siostrzenicy Risto w razie zgonu także mogłem na coś liczyć, szczególnie, że ojciec mój aż do śmierci niestrudzenie reprezentował interesy rodziny w Sarmacji. Gdy dostałem więc zaproszenie do Solaarinen, rzuciłem wszystko, za swoją półroczną rentę z sarmackiego majątku rodziny kupiłem buicka i ruszyłem do Surmali. Zaprosił mnie Jan-Erik, mój wuj, a dziadka siostrzeniec. I o ile gdy wyruszałem miałem wątpliwości czy moja tam obecność nie jest li tylko elementem walki pomiędzy skłóconymi członkami rodziny, o tyle gdy przybyłem, stało się to już dla mnie całkowicie jasne. Jan-Erik usiłował w ten sposób po prostu podnieść w walce o schedę szanse rodziny od strony babki Elennor, siostry Risto, a swojej matki. Oprócz niego tą gałąź rodziny reprezentowała w Solaarinen jeszcze ciotka Sinikka, siostra Jana-Erika, i jego syn Johannes. Po skutecznej akcji wuja po tej stronie frontu walczyć miałem jeszcze ja. Przeciwnikami miała być cała reszta - młodsze rodzeństwo Risto, brat Pekka i siostra Kirsti, syn Pekki Arto Tuhahdus, wdowa po bracie Arto Tarja Seppä-Hyvinvointi i wnuk Kirsti Esa. Oprócz nich pokoje gościnne zajmowali też profesor Jyrki Linssi z żoną Paulą, Bóg wie w jaki sposób spokrewnieni, i Marcin Daniłłowski, osobisty asystent Risto, chyba jedyny, który posiadał z nim stały kontakt, w dodatku starszy od wszystkich poza swoim mocodawcą. Nie miałem zielonego pojęcia w jaki sposób znaleźli się oni w pałacu w tak oszałamiającej ilości. Spodziewałem się jednak, że przybyli tu dokładnie tak jak ja - spraszani po kolei przez osamotnionych w boju członków rodziny.


Na schodach pałacu powitał mnie Jan-Erik. Wydawał się rozpromieniony i nawet powłóczyste spojrzenie rasowego przedsiębiorcy pogrzebowego nie wydawało się tak depresyjne jak zazwyczaj. Krok w krok człapała za nim wysuszona jak rodzynka ciotka Sinikka w jasnoróżowym płaszczyku i wielkim, futrzanym szalu z białych lisów. Uścisnąłem rękę Jana-Erika, pocałowałem w rękę ciotkę i kazałem lokajowi zanieść swoje bagaże do pokoju.

- Pierwszy raz w Solaarinen? - zagaił przyjaźnie Jan-Erik.

- Tak, tak… O tej porze roku w ogóle nie można tu oddychać - wypaliła Sinikka bez związku z tematem, zanim w ogóle zdążyłem cokolwiek odpowiedzieć.

- Nie, kiedyś, jako mały chłopiec…

- A tak… Rzeczywiście… Przyjechałeś z matką w związku z plotką, że Dziadek miał zawał - uśmiechnął się Jan-Erik promieniście. - Teraz też jest w złym stanie. Pójdź do swojego pokoju, zaraz przyślę tam Johannesa. Sam też przyjdę. Wszystko Ci wytłumaczymy, wszystko omówimy…

- Wszystko omówimy - powtórzyła Sinikka. Jej rybie oczy wydały mi się wtedy bardziej wodniste niż kiedykolwiek.


Do pokoju zaprowadził mnie jeden z tych sztywnych do granic możliwości lokajów, szkolonych w tym, by nie dało się wyczuć ich obecności. Oddał mi klucz, zapytał o której życzę sobie kolację, w ogóle sobie nie życzyłem, zapytał więc o porę śniadania, po czym ukłonił się i zrobił to tak, jak na dobrego lokaja przystało - na tyle niezauważalnie, by stało się to wytworne.


Tego dnia rzeczywiście zjawił się u mnie Jan-Erik z Sinikką i Johannesem. Pokój nie był duży - wszystkie apartamenty były już zajęte. Usadowiłem wuja na krześle przy makabrycznie małym biureczku, ciotkę na bujanym fotelu, a sam z Johannesem usiadłem na łóżku. Johannes był o dziesięć lat młodszy ode mnie, raczej małomówny, choć podobno kobieciarz. Czuć było od niego drogą wodę kolońską i jak mi się wydaje on jeden w całym pałacu nie chodził w wytwornych ubraniach - od rana do nocy wyglądał, jakby wybierał się właśnie na jogging. W Solaarinen wydawało się to co najmniej niestosowne, ale domownicy wychodzili najwyraźniej z założenia, że w tym wieku mu jeszcze wolno.


Natychmiast zostałem wprowadzony w sytuację tak, jak widział ją Jan-Erik. Sinikka tylko przytakiwała lub powtarzała z mechanicznym uporem ostatnie słowa tyrad wuja, a Johannes sprawiał wrażenie, jakby nic a nic go to nie obchodziło. Spoglądał tylko to na mnie, to na swojego ojca, to na ciotkę, a na jego twarzy malowało się absolutne znudzenie. Umiał je jednak nosić z godnością; wydawało się, że jest ono integralną częścią jego osoby.


Sytuacja w pałacu była diablo skomplikowana. Tak jak przewidywałem, Risto nie dopuszczał do siebie kogokolwiek. Jedynym jego łącznikiem ze światem zewnętrznym byli Daniłłowski i od czasu do czasu Kirsti. Z tego też właśnie powodu Kirsti wydawała się pewna swojego udziału w spadku i nie angażowała się tak mocno w dramatyczne zmagania reszty rodziny. Jasne stanowisko zajmowała tylko wtedy, gdy przychodziło bronić wnuka, Esy. Esa był natomiast człowiekiem młodym, nadzwyczaj kłótliwym i pozostającym w stanie nieustannej wojny z Johannesem. Jan-Erik wyraził przypuszczenie, że rywalizują o względy tej samej kobiety, jakiejś Tuuli, asystentki kucharza. To był jedyny moment, gdy Johannes wykazał jakiekolwiek zainteresowanie tematem, choć i tak ograniczyło się to jedynie do wzruszenia ramion.

- Arto Tuhahdus jest natomiast bardzo blisko z Tarją Seppä-Hyvinvointi, wdową po jego bracie - kontynuował Jan-Erik. - Wydaje się nawet, że mają się ku sobie. Pekka jest z tego powodu niezadowolony, był nawet bliski ściągnięcia tutaj żony Arto. Rozeszło się to jednak jakoś po kościach. Profesor Linssi jest bardzo sympatyczny - poznasz go na pewno już wkrótce - lecz wydaje się bardzo groźnym przeciwnikiem. Ani on ani jego żona nie wyjaśniają natury ich znajomości z Risto, ale zostali zaproszeni osobiście przez Daniłłowskiego, a to coś już znaczy. Możliwe, że poznał ich, gdy to jeszcze Elinikävesi, a nie Solaarinen, był siedzibą rodu. Wtedy odwiedzało Hyvinvointich sporo pracowników Uniwersytetu Surmalajskiego, artystów. Oczywiście po to, by wyciągnąć od Hyvinvointich trochę pieniędzy ale i z takimi można się zaprzyjaźnić - uśmiechnął się Jan-Erik z dumą człowieka, który umie czerpać przyjemność z próśb o wsparcie finansowe.

- To jak, pomożesz nam? - rzucił nagle Johannes.

- A na czym to wszystko polega?

- Zobaczysz, zorientujesz się… - to był już Jan-Erik.

- Zorientujesz się… - powtórzyła Sinikka.

Johannes wyjął butelkę novigradzkiej wódki i ta noc minęła już bezproblemowo. Jan-Erik wydał mi się znacznie sympatyczniejszy niż może być jakikolwiek przedsiębiorca pogrzebowy i to już wydawało się niepokojące, a odpłynąłem chyba chwilę po momencie, gdy stwierdziłem, że Sinikka wcale nie jest taka znowu brzydka. Cóż, ten wyłysiały, zasuszony daktyl też nie zachowywał abstynencji. Wraz z utratą świadomości ubywało jej zaś lat.



Rano obudził mnie szklany huk. Poderwałem się na równe nogi, potem złapałem za wyjątkowo ciężką głowę, zgiąłem w pół, poleciałem w dół, jakbym chciał klęknąć, ale źle obliczyłem odległość i wyrżnąłem czołem w biureczko. Otrząsnąłem się dopiero po dobrej chwili. Jana-Erika i Sinikki już w pokoju nie było, na łóżku spał natomiast smacznie Johannes. Bez jednego buta i skarpetki, w swoich dresach trenera lekkoatletyki, na mojej pościeli. Nie to jednak najdziwniejsze. Otóż ktoś przez okno wrzucił mi do pokoju cegłę z karteczką przyczepioną gumką recepturką. „Kpicie sobie?”. I tylko tyle.


W tamtym momencie ktoś zapukał do drzwi. Ze zrezygnowaniem popatrzyłem na Johannesa, odłożyłem cegłę na biurko i kazałem wejść. To lokaj przyszedł ze śniadaniem. Popatrzył na wybite okno, rozwalonego na łóżku Johannesa, na mnie, odstawił tacę, ukłonił się i szybko wyszedł.

- Niezłą mi renomę robisz pierwszego dnia… - wyszeptałem, nachylając się nad twarzą śpiącego. - Ale śpij. A potem zejdź po sok pomidorowy. Mnie zawsze pomaga.


Zostawiłem mu klucze na szafce przy łóżku i nietknięte śniadanie, po czym wymknąłem się cichcem z pokoju, minąłem pokoje Jana-Erika i Pekki, zbiegłem po schodach głównego hallu i wydostałem się na taras. Na skraju parku spacerował Arto Tuhahdus, a na balkonie starej jadalni - przerobionej po przeprowadzce z Gedanii na najbardziej luksusowy apartament gościnny - paliła Tarja Seppä. Wdowa, od lat w żałobie, przyjrzała mi się dokładnie, po czym odwróciła wzrok i skinęła głową do Arto. Wtedy dopiero zdałem sobie sprawę, że on też mi się przygląda. Rzut oka na pałac upewnił mnie, że na nich się nie kończy - za oszklonymi drzwiami na taras stała Kirsti. Przyspieszyłem kroku, usiłując okrążyć budynek od południa, ale Arto znał teren lepiej. Gdy przechodziłem obok dawnej manufaktury, wyłonił się zza rogu.

- Wyszedłeś na zachód, żeby nie dojrzał Cię stary? Słusznie, słusznie… - uśmiechnął się do mnie porozumiewawczo Arto.

- Nie, nie dlatego. Chciałem się przejść… Przepraszam, spieszę się.

- Witam, margrabio - powiedział hrabia Truenheim i wyciągnął w jego kierunku rękę. 

- Chwilkę, daj mi chwilkę. Możesz mi chyba to ofiarować, co?

- Nie sądzę.

Odepchnąłem go w bok i wyminąłem.

- Chcę porozmawiać. Po co tu przyjechałeś? Nawet twój wuj nie jest tak radykalny jak ty! Daleko nie ujedziesz.

- A to niby dlaczego? - odwróciłem się, usiłując zrozumieć do czego on pije.

- Risto jest całkowicie sparaliżowany, ostatnio podobno poczuł się gorzej. Ze światem kontaktuje się teoretycznie tylko przez Daniłłowskiego, ale od czasu do czasu chce porozmawiać z kimś z rodziny. Wtedy przywołuje do siebie Kirsti. Czy rozumiesz?

Milczałem, przyglądając mu się w skupieniu. Czego on ode mnie chciał?

- Jeszcze nie? Możemy się nie lubić, ale musimy współpracować. Kirsti ma wiadomości od Hyvinvointiego z Hyvinvointich, a twój wuj od jego notariusza. Czy dzwonił do niego wczoraj? Daniłłowski wspominał coś, że Risto chce skontaktować się z Gedanią, gdy tylko poczuje się lepiej.

- Nic o tym nie mówił.

- Szkoda - zafrasował się Arto i spojrzał gdzieś w niebo. - Aha, pewnie właśnie dzisiaj będzie chciał z tobą porozmawiać Daniłłowski. On lubi sobie, niby w imieniu Risto, prześwietlić każdego kolejnego członka rodziny. Wypytaj go trochę o starego, co? Od czasu jak zrobił sobie kurs pierwszej pomocy nawet nie wiemy, kiedy jest gorzej. Normalnie wzywał karetkę albo doktora z Novigradu…

- Zapytam. Przy okazji: wie pan, że ktoś rano wrzucił mi do pokoju cegłę? Może orientuje się pan, kto to mógł być? Arto Tuhahdus udał szczerze zaskoczonego.

- Cegłę? O mój Boże! Do czego to już dochodzi!

- No nic, wezwę szklarza.

- Nie trzeba. Olli, najstarszy syn majordomusa, się tym zajmuje. Ma już wprawę - dodał Arto i oddalił się po swoich śladach do parku.


Wbrew oczekiwaniom Daniłłowski nie odezwał się jednak tego dnia, a dopiero nazajutrz. Informację, że chce mnie widzieć przekazał mi przez Jana-Erika.

- Idź, idź, chłopcze! Jeśli cię polubi… Ech… Aż boję się marzyć…


Asystent Hyvinvointiego z Hyvinvointich przyjął mnie w niewielkim biurze przyległym do sypialni Risto. Był to wysoki, siwy mężczyzna, niezwykle wyniosły i opanowany. Pod wieloma względami przypominał każdego z osobna anonimowego członka armii lokajów pałacu, z tą tylko różnicą, że on właśnie nie był anonimowy. Wręcz przeciwnie - jego chłodnej obecności nie sposób było nie zauważyć.

- Wnuk Elennor… Wszystkim nam przykro, że nie ma jej już z nami - i ten początek jego przemowy, jakby wziętej z jakieś wewnętrzfamilijnej rozmowy kwalifikacyjnej, mógł być dla mnie zapowiedzią tego, co będzie działo się dalej.


A Daniłłowski przemawiał cały czas chłodnym, bezbarwnym głosem. Podobnie w sumie jak Johannes, choć w tym nie czuć było znudzenia, a po prostu rozpierającą dumę. Tak wielką, że aż powodującą zobojętnienie dla spraw maluczkich, uwijających się pracowicie w nadziei na spadek. Na początek więc Daniłłowski z bezgraniczną cierpliwością wyjaśnił mi, że nie można z nim dyskutować, gdyż po pierwsze to właśnie on reprezentuje Hyvinvointiego z Hyvinvointich w czasie jego choroby, a po drugie mieszka w tym pałacu dłużej niż ktokolwiek inny, dłużej nawet niż sam Risto, jako że przed przeprowadzką z Gedanii pełnił obowiązki zarządcy Solaarinen. Ma więc święte prawo domagać się czci i poważania. Potem wypytał mnie o moją rodzinę, dał do zrozumienia, że wie o prywatnych kontach ojca założonych na gruzach rodzinnego imperium w Sarmacji, oświadczył, że moja wizyta wcale nie cieszy ani jego ani Hyvinvointiego z Hyvinvointich, a jest tolerowana tylko ze względu na Jana-Erika, a na koniec poczęstował papierosem i dał czas na zadawanie pytań. Poczułem się, jakbym siedział przed belfrem. Dobrych kilku chwil potrzebowałem, aby zebrać się w sobie.

- W jakim stanie jest właściwie Hyvinvointi z Hyvinvointich?

- Nigdy nie było lepiej. A na poważnie: naprawdę nie ma się czego obawiać. Pan Risto pożyje jeszcze długie lata - Daniłłowski uśmiechnął się po raz pierwszy od początku naszej rozmowy. Mało był to jednak krzepiący uśmiech.

- Proszę nie zrozumieć mnie źle: ja nie czyham na spadek tak jak Arto Tuhahdus na przykład. Przyjechałem tylko na zaproszenie Jana-Erika.

Daniłłowski przestał się uśmiechać i zaciągnął się papierosem.

- I co z tego wynika?

- Niewiele. Jestem tu przez przypadek.

- Czyli nie chce pan spotkać się z Risto, bo spadek nie jest panu potrzebny?

- Oczywiście, że chcę się z nim spotkać! Ale z innych powodów… - dodałem już ciszej.

- A jakich to, jeśli można wiedzieć?

- Martwię się o niego.

- Powiem panu coś. Hyvinvointi z Hyvinvointich dziś rano powiedział mi, że chciałby, by was wszystkich naraz piekło pochłonęło. Niestety, prawda jest taka, że to on zapewne będzie tam pierwszy. Mnie pan naprawdę troską nie zmyli. W tym domu jest tłoczno tylko wtedy, kiedy pan Risto ma akurat atak.

- Duszno tu…

- Pan Risto nie znosi przeciągów.

- A czy będę mógł się z nim zobaczyć?

- Ostrzegam, że nie udziela żadnych informacji o zapisach testamentu.

- Nieważne.

Daniłłowski prychnął. 

- Zapytam więc, choć wątpię, by była to jakakolwiek przyjemność dla którejkolwiek ze stron. A teraz żegnam.

- Do zobaczenia.

Asystent Risto tylko przytaknął.



Mimo że Daniłłowski obiecał spytać, dni mijały, a ja nadal nie miałem pozwolenia na spotkanie z Risto. Daniłłowskiego zresztą omijałem szerokim łukiem. Mimo to mogłem się chyba uważać za szczęściarza. Któregoś dnia, gdy otwierał drzwi do sypialni, zobaczyłem Hyvinvointiego z Hyvinvointich. Nie trwało to jednak długo, bo Daniłłowski natychmiast zatrzasnął za sobą wrota. Do końca życia zapamiętałem jednak tamten wizerunek Risto: zarośniętego starucha na wózku inwalidzkim, aż po piersi przykrytego kocem, mogącego poruszać tylko głową, a i to w ograniczonym stopniu.


A atmosfera zaczynała się robić coraz dziwniejsza. Ktoś usiłował wrzucić cegłę przez okno kuchni i uniemożliwiła to tylko zamontowana gęsta siatka przeciw znaczniejszemu robactwu i ptakom. Jasne wydawało się jednak, że celem było okno Esy, który także przybył w miarę niedawno i miał do wyboru tylko mój pokój i ten właśnie niezbyt kuszący apartament tuż obok kuchni. Arto Tuhahdus biegał w poszukiwaniu sprawcy jak oszalały, ciągając za sobą oszołomioną służbę. Sprawiał wrażenie, jakby tropił co najmniej gwałciciela. Żądał prawa przeszukania wszystkich pokoi, usiłował przesłuchiwać i tylko zdrowemu rozsądkowi Daniłłowskiego zawdzięczaliśmy, że nie wprowadził w życie swoich chorych wizji. Jan-Erik stwierdził później, że Arto usiłował po prostu chronić siostrzeńca Esę, który upozorował chęć wybicia własnego okna, by oczyścić się z podejrzeń. Na moje pytanie, czemu więc rzucił w okno kuchenne (trudno chyba podejrzewać, że nie wiedział, gdzie mieszka), odparł, że zapewne szkoda mu było własnego. Sinikka po swojemu przytaknęła.


Syn majordomusa, Olli, na brak pracy nie narzekał. Po kilku dniach ktoś w środku nocy kamieniem wybił szybę pokoju Jana-Erika. Przy okazji zbiła się też karafka z winem. Wuj był wściekły, wydawało się, że zaraz wydrapie komuś oczy. Podejrzenie Esy wydawało się tak oczywiste, że Arto Tuhahdus raz jeszcze zaalarmował cały pałac i wieczorem zgromadził wszystkich w hallu. Daniłłowski milczał przez całą jego przemowę, ale jego siła była tak wielka, że i tak wydawało się, że to on przewodniczy zebraniu. Kiedy Tuhahdus skończył, zapadła cisza. Ktoś westchnął, ktoś zaszurał butami. Jan-Erik już trochę ochłonął, więc oskarżenie Esy w praktyce nie miało miejsca. Nie musiał oskarżać. Wszyscy w hallu i tak wiedzieli swoje.


Pierwszy podniósł się profesor Linssi, tuż po nim jego żona.

- Pan pierwszy wychodzi! To pan! - wrzasnął Tuhahdus i poderwał się z siedzenia. Kirsti złapała go za rękę, próbując uspokoić.

Linssi odwrócił się i cień zdumienia przemknął przez schowane za okularami oczy.

- Me mike? - wyrwało mu się po surmalajsku. - Ja? Ja co?

Oskarżenie profesora Linssiego, że w środku nocy biega po ogrodzie i miota kamieniami w czyjekolwiek okno było w sposób tak oczywisty bzdurne, że nawet sam Tuhahdus się zreflektował. Wydawał się jednak jeszcze wówczas zdecydowany walczyć do końca.

- Panie Tuhahdus, proszę się uspokoić - odezwał się nagle Daniłłowski. - I może spróbować zasnąć.

- Tak, Arto, chodźmy - Kirsti wzięła Tuhahdusa pod ramię. - Ankesii.

- Ej se miteek - machnął ręką Linssi. - Hejee ehywe.

- Ehywe - odparł profesorowi ubawiony Jan-Erik. - I co? Arto poległ! - te słowa skierowane były już do mnie i Johannesa. - Wybornie, wprost wybornie!


Jedynym efektem nocnego posiedzenia była więc porażka Arto Tuhahdusa, a nastrój niepewności trwać musiał jeszcze kilka dni. Każdy wstając rano zaczynał zatem od przyglądania się szybom swojego pokoju i do południa zawsze miał już za sobą obchód całego pałacu. Myliłby się jednak ten, kto uznałby, że sprawa rozeszła się po kościach. Znużony tym wszystkim Daniłłowski wezwał bowiem do siebie najpierw Arto, potem Esę z matką, a na końcu Olliego. No i w efekcie ten ostatni z samego rana opuścił pałac. Oczywiście nikt nie podał nikomu oficjalnie powodów, a sam Olli zarzekał się, że chodzi o pracę w novigradzkim sklepie należącym do rodziny, ale było bardziej niż pewne, że wszystko to wynik przemyślanego działania asystenta Hyvinvointiego z Hyvinvointich. Okienne ekscesy ustały.


Wszystko to, a w szczególności szał bitewny Tuhahdusa, odwróciło jednak uwagę od sprawy najważniejszej - stanu zdrowia Risto. Jan-Erik z Sinikką i Johannesem od jakiegoś czasu bywali u mnie codziennie. Wuj któregoś dnia podzielił się ze mną informacją, którą Johannes wyśmiał, a Sinikka rzecz jasna na swój sposób potwierdziła. Otóż Risto podobno zaczął rozmawiać z obrazem swojego ojca, Paavo II, zarzekając się, że „tatuś wrócił i ma mu do przekazania coś bardzo ważnego”. Podobno nieżyjący od kilkudziesięciu lat tatuś chciał się wmieszać do testamentu. Plotka ta, zanim jeszcze do mnie dotarła, okrążyła już pałac zapewne co najmniej kilkadziesiąt razy. Jan-Erik podsłuchał, że Kirsti nie wierzy w prawdziwość informacji i podejrzewa Daniłłowskiego o próbę zmiany testamentu na swoją korzyść. Diabli wiedzą jak miałby przekonać Risto, że jest jego ojcem i mówi z obrazu, ale w sumie wydawało się to sensowne. Johannes wątpił natomiast we wszystko, od obłędu Risto aż po podejrzenia Kirsti, a Sinikka gorąco potwierdziła wszystkie słowa Jana-Erika i dodała coś tam o komunistycznych ciągotach Esy. Trudno powiedzieć, jaki miało to związek z tematem, ale przynajmniej posłużyć mogło za powód następnego toastu.


Przez następne dwa dni nikt nic nie wiedział, ale wszyscy coś podejrzewali. Gdy zaś Daniłłowski cały dzień i noc spędził w sypialni Risto, wiadomo było już, że z Hyvinvointim z Hyvinvointich jest źle. W domu zapanowała uroczysta atmosfera, od rana do wieczora wszyscy przechadzali się po hallu lub co najwyżej siedzieli w pokojach, nikomu nie przyszło natomiast do głowy wyjść na zewnątrz. Pozostawało jedynie pytanie czy dolegliwości Risto są natury somatycznej czy raczej psychicznej. Na psychiczne liczyli Kirsti i Pekka, jako że w razie potrzeby dawały podstawy do podważenia testamentu, który mógłby dysponować majątkiem nie uwzględniając pokrewieństwa. My po cichu liczyliśmy zaś na to, że pieniądze zostaną co prawda w rodzinie, ale że będziemy w tym mieli jakiś spory udział. Odbywała się wielka loteria.


Trwaliśmy w niepewności, zawieszeni pomiędzy chęcią wdarcia się siłą do sypialni Risto, a koniecznością zachowania choć resztek godności. No i wreszcie nadeszła chwila śniadania, które dzięki mojemu wujowi miałem zapamiętać do końca życia. Jan-Erik wpadł bowiem jak burza do mojego pokoju, wytrącił mi z ręki jajko na miękko i wyciągnął mnie na korytarz. Ktoś wchodził do sypialni Risto.

- Doktor - wycharczał wuj. - Jest tu wreszcie.


Po kilku minutach pod sypialnią Hyvinvointiego z Hyvinvointich zrobił się już mały tłumek. Ostatni przyszedł Pekka. Wyraźnie źle się czuł, liczył więc, że wszystko potoczy się szybko i będzie można świętować. Jego syn Arto był podobnej myśli. Spadek należał mu się jako najobrotniejszemu ze wszystkich żyjących Hyvinvointich. Tak w każdym razie wydawało się jemu. Ponieważ zaś był przekonany, że lekarz przyjechał już tylko stwierdzić zgon a swojego sukcesu pewien był bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, ustawił się z Tarją Seppä naprzeciw ojca i pocałował ją tak namiętnie, jak tylko umiał. Pekka rzecz jasna dostał białej gorączki, zaczął wrzeszczeć coś o sodomii, wydziedziczeniu, Gomorze i archaniołach, i gdyby nie to, że właśnie wtedy z sypialni Risto wyszedł lekarz, pewnie doszłoby do rękoczynów. Doktor zdziwił się zbiorowisku, chrząknął tak jak tylko profesjonalny lekarz chrząkać potrafi, po czym eskortowany przez Daniłłowskiego ruszył w dół schodów do wyjścia. Nie było szans na wyciągnięcie od niego czegokolwiek. Znów nie mieliśmy żadnych informacji. Byliśmy zmieszani i jakby zawstydzeni swoją nawzajem tam obecnością. Nikt jednak nie kwapił się do powrotu do swoich pokoi.

- Może brydża? - zaproponowała nagle Tarja Seppä-Hyvinvointi. - Jakoś musimy przecież zabić czas?

- W ogóle nie chcę niczego zabijać - oświadczył Arto i wbił wzrok w drzwi sypialni.

- Myślicie, że on rzeczywiście nie żyje…? - to była już Kirsti. Niebezpieczny błysk w oku mówił wszystko.

- Nie licz na zbyt wiele, moja droga - odparł Pekka.

- Fakt. Lekarz wydawał się smutny.

- To chyba dobrze? - wyrwało się Johannesowi.

- Niekoniecznie. Risto nie ma dzieci, więc i tak musi jakoś nietypowo rozdysponować majątkiem. Może lekarz też na coś liczy?

Pekka przytaknął.

- Janie, nie ma już chyba sensu utrzymywać w tajemnicy tego, co wszyscy już i tak wiedzą…? Chodzi mi o twoją znajomość z notariuszem Risto.

Wuj nie zaprotestował.

- A więc? Czy kontaktowałeś się z nim?

- Tak. Zarzeka się, że żadnej zmiany nie było, ale dalej nie chciał wyjawić zapisów.

- A gdzie jest testament?

Jan-Erik wzruszył ramionami.

- A może byśmy… weszli? - zaproponował nagle Esa. - Daniłłowskiego jeszcze nie ma…

- Zgłupiałeś już do reszty!? - oburzył się Arto. - To sypialnia Risto. Tam nie można wchodzić.

- A kto tak powiedział? Co, może Daniłłowski? To nie jego dom! Wchodzimy!


Poczuliśmy się nagle dziwnie lekko ze świadomością, że to nie na nas spada odpowiedzialność za podjęcie decyzji. Po słowach Kirsti do drzwi rzucili się nagle wszyscy. Pierwszy dopadł klamki Esa, ale Johannes go odepchnął, po czym pod naporem reszty sam odleciał gdzieś na bok. Jak oszaleli wpadliśmy do sypialni Hyvinvointiego z Hyvinvointich, w sumie nie bardzo jeszcze wiedząc co dalej. Zanim się ocknęliśmy i przyzwyczailiśmy do mroku, Daniłłowski już tam był.

- Co wy tu robicie, do cholery!!? - wydarł się chyba po raz pierwszy od początku swojej kariery. - Pan Hyvinvointi nie chce, byście tu przebywali.

W tym momencie wszyscy jak na zawołanie spojrzeli na Risto. Siedział na swoim wózku z jakąś manekinowatą sztucznością i stężałą powagą na twarzy.

- Żyje? - zapytał Esa, postępując krok naprzód.

Odpowiedź Daniłłowskiego była krótka.

- Nie.

- A gdzie jest w takim razie testament? - refleks profesora Linssiego w chwili próby był doprawdy godny pozazdroszczenia.

- Sępy - skomentował Daniłłowski krótko, choć od jakiegoś czasu z jego twarzy nie schodził zastanawiający uśmieszek.

- Sępy!? - oburzyła się Kirsti. - Risto nie był już i tak przecież w stanie zarządzać majątkiem. Ogrody pałacowe są na przykład zadbane tylko od wschodu. Dlaczego? Bo akurat je widział z okien i mógł bez wychodzenia z pokoju kilka razy dziennie dawać ogrodnikowi rozkazy. Od jakiegoś czasu zresztą nawet tego już nie robił.

- Jak takiemu człowiekowi można pozwolić zarządzać całym majątkiem rodziny? - zapytał retorycznie Jan-Erik. Wszyscy wzorem ciotki Sinikki przytaknęli.

Marcin Daniłłowski stanął za Risto i położył ręce na rączkach wózka tak, jak zwykł robić to kiedyś, gdy wyprowadzał pracodawcę na spacerki.

- Gdzie jest więc testament mojego brata? - spytał zniecierpliwiony Pekka, dodatkowo podjudzony domniemaną sodomią Arto.

- Gdzieś tutaj - odparł spokojnie Daniłłowski. - Zadzwoniłem już do notariusza. Będzie tu jutro, by go odpieczętować.

- Dopiero jutro…?

- Jutro.

Zapanowała chwila konsternacji. Było jasne, że nikt tu nie czuł się na siłach czekać kolejnej nocy na poznanie ostatecznej decyzji. Hyvinvointi z Hyvinvointich już nie żył. W końcu o to chodziło. Za jakie grzechy to oczekiwanie?


Esa postąpił jeszcze krok naprzód i zajrzał pod koc, którym przykryty był Risto. Ktoś ostrożnie zaczął przeglądać papiery leżące na biurku, Jan-Erik zerknął do szafy. Daniłłowski nie zabraniał zabawy, więc szukaliśmy dalej. Przejrzałem barek i wymacałem spód parapetów. Nie było.

- Mam! Mam! - wrzasnął Arto, unosząc w górę portret Paavo II, Ristowego tatusia, tego, który wtrącał się do ostatniej woli syna.


Arto Tuhahdus gwałtownie odepchnął Tarję Seppä-Hyvinvointi, niemal niewidocznym kopniakiem w kolano powalił na ziemię Esę i wybiegł na korytarz. Natychmiast ruszył za nim Daniłłowski i Johannes. Zrobił się straszny tumult. Ktoś przeklął, ktoś upuścił na ziemię butelkę martini, Tarja Seppä zaczęła przeraźliwie piszczeć, przedzierając się przez zgromadzonych przy drzwiach. Po chwili trudności związanych z jednoczesnym przeciśnięciem się przez framugę cała gromada wypadła na zewnątrz. Arto zbiegał już po schodach, coraz mniej miał jednak przewagi nad pościgiem. W hallu dopadł go Johannes i zdzielił w twarz tak, że Arto aż zatoczył się i wyrżnął w ścianę, nie zdołał jednak chwycić portretu na czas, ubiegł go Daniłłowski. Chwilowy był to jednak sukces. Czas, jaki asystent Hyvinvointiego zużył na nabranie szybkości, pozwolił Johannesowi na powalenie go na ziemię. Wydawało się, że portret jest już w Johannesowych rękach, ale Jan-Erik nie pozwolił by syn nadmuchał mu do kaszy. Przytrzymał nogą Daniłłowskiego, wyrżnął Johannesa w potylicę i uniósł obraz aż do jadalni. Względny sukces zawdzięczał zresztą tylko i wyłącznie Sinikce, która wzięła na siebie cios laski Pekki, po czym z objawami lekkiego szoku usiadła na środku korytarza. W jadalni udało się dogonić Jana-Erika Esie, który zdążył zapomnieć o bólu kolana. Rzucił wuja na kredens, wyrwał Paavo II i odrzucając na bok Johannesa pobiegł do kuchni. Tylko ułamków sekund zabrakło mi do zablokowania mu drogi. Zakląłem siarczyście. Szczęście uśmiechnęło się natomiast do Kirsti, która - przewidziawszy, że portret dostanie się do kuchni - pobiegła tam przez korytarz i gdy ten przebiegał obok palników, zdzieliła wnuka patelnią z resztką gulaszu. Ze zdobyczą dobiegła jednak tylko do południowej ściany pałacu; kuchenne drzwi były jak zazwyczaj zamknięte. Kirsti nie wiedziała już gdzie uciekać - i tym bardziej była niebezpieczna. Pekka, jej brat, a zarazem pierwszy atakujący, poległ natychmiast w ten sam sposób jak przed chwilą Esa. Tarja skręciła sobie nogę na wypastowanej podłodze i do Kirsti nawet nie dotarła. Dopiero gdy przypuściliśmy atak wespół z Johannesem, udało się odebrać portret. Paavo II był umazany gulaszem i miał ogromną dziurę na wysokości piersi.


Przez chwilę zastanawiałem się, co robić dalej, ale wyglądało na to, że wszyscy byli już albo niezdolni do walki albo mieli jej dość. Spojrzałem na Johannesa. Z nosa leciała mu krew, ale wydawał się zadowolony. Świeciły mu się oczy.

- To jak, gdzie ten testament?